Gimnazjum – uzasadniona likwidacja czy populizm?

  • Blogi
  • Felietony
  • Aktualności
Rafał Stasik / 05.10.2015 / Komentarze
Zmiany w systemie oświaty, szczególnie te idące w dobrym kierunku, wydają się być jak najbardziej uzasadnione. Czasem jednak odnoszę wrażenie, że edukacja dzieci i młodzieży w naszym kraju, to nieustający proces przyswajania rozwiązań z innych państw, nijak mających się do polskiej rzeczywistości.

Pozwolę sobie przypomnieć, że w 1991 roku rozpoczął się demontaż socjalistycznego systemu oświaty. Społeczeństwo dostało możliwość zakładania szkół niepublicznych, nauczyciele kreowania własnych programów nauczania, które wcześniej były regulowane centralnie. Zliberalizowany został rynek podręczników, gminy dostały możliwość przejmowania szkół.

W roku 1999 nastąpiła tzw. „Reforma Handkego”, która dwustopniowy system (ośmioletnia szkoła podstawowa i szkoła ponadpodstawowa) zastąpiła trzystopniowym - nauka w szkole podstawowej  została skrócona  do sześciu lat, pojawiły się trzyletnie gimnazja, a okres kształcenia w liceum skrócono z czterech lat do trzech. W wyniku tych zmian czas obowiązkowego szkolnego wydłużył się z ośmiu (8-letnia szkoła podstawowa) do dziewięciu  lat (6-letnia szkoła podstawowa i 3-letnie gimnazjum).

Rok 2002  wprowadził w życie system egzaminów zewnętrznych, za ich przeprowadzenie odpowiedzialna jest  Centralna Komisja Egzaminacyjna. Pierwsi, według nowych zasad, zostali przetestowani gimnazjaliści, którzy nową maturę zdawali  trzy lata później.

Kolejna reforma programowa, tym razem pod nadzorem minister Hall, wprowadzona została w roku 2009, a w jej wyniku do szkół został wprowadzony nowy model nauczania, w wyniku którego gimnazja i licea zostały spięte jednym programem nauczania.

We wrześniu  roku 2014 do szkół obowiązkowo poszła starsza połowa rocznika sześciolatków, jako efekt obniżenie wieku szkolnego.

W maju bieżącego roku uczniowie pisali nową maturę, która została dopasowana  do wymagań reformy programowej wprowadzonej przez Minister Hall.

Ostatnio coraz głośniej zaczyna się mówić o tym, że rok szkolny 2016/2017 ma być tym, w którym żaden uczeń nie rozpocznie już nauki w gimnazjum, wrócić  ma  ośmioletnia szkoła podstawowa. Polski system kształcenia czeka więc  rewolucja.

Należy odpowiedzieć sobie na pytanie – czy pomysły tego typu są faktycznie uzasadnione, przemyślane w każdym aspekcie i dobrze zaplanowane, czy jedynie masowym zrywem w celu propagowania idei populizmu?

Przede wszystkim niemożliwe jest współcześnie odtworzyć  z pozytywnym wizerunkiem społecznym i osobowościowym ucznia w sytuacji szkolnej w klasach  I-VIII z przed reformy z roku 1999. Zbyt dużo różnic pojawiło się w mentalności młodych ludzi w przedziale ponad dekady.  Świat pędzi szybko do przodu, młodzież i jej rozwój intelektualny w związku z bodźcami z zewnątrz również. Prawa nadane młodym ludziom i ich znakomita znajomość powoduje, że powrót do tego co było, jest wręcz niemożliwe. Nastolatek kończąc obowiązkowy etap nauki w szkole zdaje za obecność egzamin, będący podsumowaniem  wiadomości i umiejętności po trzech latach nauki. Młody człowiek w okresie dojrzewania, prób buntowniczych, podchodzi więc do niego lekceważąco. Wystarczy, że pojawi się na egzaminie i już go zdaje. Jedyne stawiane przed nim wymaganie decydujące o ukończeniu szkoły, to umiejętność przyklejenia w odpowiednim miejscu naklejki z jego danymi (kod szkoły, kod ucznia i pesel ucznia). Nic więc dziwnego, że nauka na etapie gimnazjum traci swoją wartość.

Powrót do systemu ośmioklasowego  to zmieni? Nie ma wątpliwości, że nie! Jest czystą demagogią, że wspomniana zmiana spowoduje wzrost motywacji do nauki i podniesie jakość edukacji młodych ludzi w wieku,  który jest dla nich samych i ich rodziców ogromnym wyzwaniem. To okres sprawdzianu wyznawanych w rodzinie wartości, więzi rodzinnych, autorytetów i wpływu środowiska rówieśniczego, odkrywania zasad funkcjonowania w życiu dorosłym, to wszystko równocześnie z koniecznością  podjęcia decyzji o własnej przyszłości edukacyjnej.

Tylko zmiany  w przepisach  oświatowych pozwolą na normalizację obecnej sytuacji w gimnazjach bez jakichkolwiek kosztów pośrednich dedykowanym polskiemu społeczeństwu.

Po pierwsze – wprowadzenie minimum procentowego decydującego o ukończeniu szkoły gimnazjalnej w wyniku egzaminu gimnazjalnego z każdego zakresu danego dnia – np. 30 %, jak w przypadku matury. Po drugie - należy precyzyjnie określić, obowiązujące w całym kraju, warunki przyjęcia do szkół ponadgimnazjalnych na podstawie wyników gimnazjalnych ze względu na kierunek dalszego kształcenia młodego człowieka. Licea i technika powinny przyjmować uczniów, którzy rokują na osiągnięcie poziomu maturalnego, a w szkołach technicznych również na zdanie egzaminów zawodowych. Obecnie funkcjonujący system zmusza szkoły ponadgimnazjalne, szczególnie w mniejszych aglomeracjach, do przyjmowania uczniów biorąc pod uwagę ich ilość, a nie jakość. Uczeń z niską średnia ocen i zachowaniem nieodpowiednim, nawet nagannym, zostaje przyjęty do liceum, a po pierwszym śródroczu, czy też nie otrzymując promocji do klasy drugiej danej szkoły, zmienia placówkę. Wprowadzenie procentowego progu pozwalającego zostać absolwentem gimnazjum zmieniłoby podejście  młodego człowieka do nauki, zachowania i planowania swojej przyszłości.

Pomysłodawcy powrotu do ośmiu klas szkoły podstawowej powinni uczciwie przekazać naszemu społeczeństwu, że będzie to ponowna rewolucja w polskiej oświacie. Nikt  nie przedstawia jasno co z pozostałymi szkołami w spirali polskiej oświaty. Ponownie musi  nastąpić  zmiana programów nauczania, zmiana podręczników, zmiana ramowych planów nauczania, a to wiąże się z olbrzymim  wydatkowaniem publicznych pieniędzy oraz kolejnym zaskoczeniem uczniów w danym wieku w ich procesie edukacyjnym.

Czy powrót do klas I-VIII szkoły podstawowej spowoduję zmniejszenie liczy uczniów w klasach? O to walczą od kilku lat rodzice i eksperci związani z edukacja w Polsce, a nie zauważają tego planujący kolejne reformy systemu oświaty. Oczywiście, że nie, wręcz przeciwnie. Obecni uczniowie klas VI, którzy po decyzji likwidacji gimnazjum, będą kontynuować edukację w klasach VII szkoły podstawowej, będą również zmuszeni przyjąć do swego grona uczniów obecnych klas I gimnazjum, którzy nie otrzymają promocji do klasy programowo wyższej.  W wyniku tego zespoły klasowe mogą liczyć powyżej 30 osób. Zmniejszenie liczebności uczniów  w klasach wiązałoby się z potrzebą zwiększenia subwencji oświatowej, co jest bardzo mało prawdopodobne, a żaden samorząd w naszym kraju nie zdoła udźwignąć  kosztów utrzymania w mniejszych klasach bez rzeczywistego wsparcia ze strony państwa. W chwili obecnej subwencja nie wystarcza na uregulowanie wypłat dla nauczycieli, stałych opłat na gospodarowanie  w placówce, a samorządy muszą dopłacać po kilka milionów złotych, aby sprostać wszystkim ustawowym wymaganiom. Kolejny pomysł w jednym ministerstwie, który pośrednio wpłynie na   obciążenie innego i spowoduje ogromne problemy w samorządach.

Należy pamiętać, że likwidując gimnazja, likwidujemy również stale działające w obecnej rzeczywistość edukacyjnej gimnazja dla dorosłych. Nazwa, która ma się nijak do szkolnego dnia codziennego.  W tej szkole realizują  obowiązek szkolny uczniowie, którzy mieli  „lekceważący” stosunek do szkoły w gimnazjum dziennym i są to uczniowie w wieku 15-18 lat w 95 %  jako podopieczni Ochotniczych Hufców Pracy. Ustawodawca pozbawił OHP kształcenia ogólnego swoich podopiecznych i dlatego w  chwili obecnej muszą  szukać wsparcia  i porozumienia ze szkołą, która w swoich strukturach  prowadzi naukę w  gimnazjum dla dorosłych.

Powracając do klas I-VIII ci uczniowie nadal będą przebywać w danej szkole podstawowej do 18 roku życia. Dobrze wiemy, że w  rzeczywistości nikt  tego typu uczniów nie chce w środowisku swojego syna i swojej córki w klasie np. V, VI, VII lub VIII szkoły podstawowej.

Likwidując gimnazja dla dorosłych pozbawiamy podopiecznym OHP realizacji obowiązku szkolnego, co jest niezgodne z konstytucją, gdzie każdy  obywatel ma obowiązek nauki do 18 roku życia. Chyba, że ustawodawca przywróci kształcenie ogólne OHP, co wiąże się z kolejną reformą oświatową lub  nastąpi likwidacja OHP, aż strach pomyśleć  ich zwolenników o reakcję.

A co ze świetlicą szkolną, tak bardzo potrzebną dzieciom pracujących rodziców? Obecnie są to miejsca przepełnione i niejednokrotnie z naruszeniem przepisów prawa oświatowego. Szkoły starają się zapewnić opiekę i wypełnić czas wolny przebywających tam dzieci. Przy powrocie do klas I-VIII problem będzie potęgował, chyba, że  pomysłodawcy likwidacji gimnazjum wzięli to pod uwagę, w co śmiem wątpić.

Kolejnym bardzo ważnym aspektem są miejsca pracy. To jest wartość podstawowa przy tego typu rewolucjach, czy jak kto woli zmianach i zainteresowana grupa zawodowa powinna być uprzedzona o groźbie ich utraty, a nie mamiona obietnicami lepszego. Trzeba być w tej kwestii bardzo uczciwym. Szybka diagnoza – obecni uczniowie z klas III gimnazjalnych przejdą do szkół ponadgimnazjalnych, w których obecne kadry  pedagogiczne  zabezpieczą proces edukacyjny uczniów i  nie będzie potrzeby zatrudniania dodatkowych nauczycieli z likwidowanych szkół gimnazjalnych. Faktem niestety jest, że nie wszyscy nauczyciele posiadają uprawnienia do pracy w szkołach „średnich”. Ich kwalifikacje, zgodnie z decyzją ministerstwa szkolnictwa wyższego, kończą się na etapie szkoły podstawowej i gimnazjalnej (przy powrocie do klasa I-VIII tylko na szkole podstawowej). Obecni uczniowie klas I-II gimnazjum zasilą nowo powstałe klasy VII – VIII w szkołach podstawowych, które również mają swoją kadrę mogącą zapewnić edukację uczniów. Jeśli będzie potrzeba zatrudnienia to naprawdę w niewielkim procencie.

Przykład: Języka polskiego w klasie jest cztery lub pięć  godzin tygodniowo w zależności od  ramowego planu nauczania danej klasy. Łatwo policzyć, że przyjmując 4h/tydzień języka polskiego nauczyciel, aby uzyskać pensum pedagogiczne 18h/tyg.  (nie mylić z czasem pracy  – 40 h/tyg. – niestety poza samym zainteresowanymi nikt w to   nie wierzy, ale to wątek na inną okazję)  musi uczyć w pięciu klasach – 20h/tyg., czyli z dwiema nadgodzinami. Przyjmując, że w gimnazjum mamy 5 klas na każdym poziomie tylko jeden z 4 zatrudnionych dotychczas polonistów zdoła utrzymać zatrudnienie przenosząc się do szkoły podstawowej. Co z pozostałą trójką w związku z powyższymi wyliczeniami? Mówiąc wprost -  stracą pracę. Przykłady można mnożyć. Liczba godzin pracy nauczycieli, którzy uczą przedmiotów w wymiarze 1h/tyg.  jest wprost proporcjonalna do ilości klas. Jeśli ktoś w obecnej szkole podstawowej ma np. 13/18 danego przedmiotu, to wcześniejsza ilość klas potrzebna do diagnozy, czyli pięć pozwoli uzyskać pełen etat czyli 18/18.  Żaden nauczyciel  z gimnazjum nie jest potrzebny. Jest czystą demagogią twierdzenie, że ci sami uczniowie zapewnią tym samym nauczycielom pracę w nowo powstałej szkole ośmioklasowej.

Trzeba również w całym tym rozważaniu zaznaczyć, że być może decyzja o powstaniu gimnazjum była pochopna. Pomysł, który wówczas wydawał się dobry funkcjonuje jednak bez obserwacji, bez diagnozy, bez wyciągania wniosków i ich zastosowania przy wprowadzaniu ewentualnych korekt. Uważam, że nowa rewolucja nic nie da, tylko wprowadzi niepotrzebny chaos w polskiej oświacie. Naszym obowiązkiem jest tym  młodym ludziom pomagać, a nie  traktować ich nieustannie jak materiał doświadczalny. Problemem nie jest szkoła o nazwie „gimnazjum”. Problem stanowi brak pomocy dojrzewającym nastolatkom, bardzo liberalne edukacyjne przepisy przy znacznym obciążeniu ilością stawianych przed nimi wymagań. Powrót do klas I-VIII szkoły podstawowej, bez realnej pomocy, konkretnych rozwiązań systemowych, poprawy finansowania, nie rozwiąże istniejących realnych problemów w polskiej oświacie.

Na dzień dzisiejszy nie ma żadnych przesłanek do zlikwidowania gimnazjów bez rewolucji systemowej i programowej polskiej oświaty. Pytanie tylko, czy stać nas na to jako społeczeństwo i dlaczego pomysłodawcy, przekonani o swoich racjach,  nie mówią wprost, co nas będzie czekać w związku z tą decyzją. Czy nie lepiej poprawić to, co już istnieje wprowadzając minimalne korekty , bez obciążenia finansowego polskiego społeczeństwa, bez likwidacji kolejnych szkół i masowych w skali kraju zwolnień nauczycieli, niż wszystko całkowicie burzyć bez pewności powodzenia? Jak do tej pory żadna z wprowadzanych zmian w systemie oświaty nie została właściwie podsumowana i rozliczona, wydaje się , że zamiast wyciągać wnioski za każdym razem wprowadzamy na oślep nowe pomysły.