Opowieść o życiu mieszkańców popegerowskiej wsi koło Szczecinka

  • Aktualności
Miasto z Wizją / 01.12.2019 / Komentarze
Dominik Rutkowski: W PGR-ach, jak w soczewce, skupiało się wszystko, co było najgorsze w komunie

Przeprowadził się do wioski popegeerowskiej zaledwie kilka lat po transformacji. Co pamięta? Głodne dzieci, które wraz z żoną otoczyli opieką. I ludzi, którzy czekali, zakisili się w byłych PGR-ach, bo obiecywano, że ich sytuacja wkrótce się zmieni. Nic takiego jednak się nie stało.

„PGR to największa aberracja komunizmu. Tam, jak w soczewce, skupiało się wszystko, co było najgorsze w komunie” - mówi Dominik Rutkowski, autor powieści „Zadry”, w której przenosi nas w realia PGR-owskiej wsi.

W Szczecinku, w jego okolicach - pośród pól, lasów i jezior, w okolicznych wsiach, wielu literatów szukało natchnienia do swojej twórczości. M.in. Eugeniusz Paukszta, który ziemi szczecineckiej poświęcił wiele miejsca w swoich opowiadaniach i powieściach, jak choćby "Wiatrołomy", której akcja toczy się w podszczecineckiej miejscowości położonej pośród lasów. Traktuje o ludziach, którzy tu żyli i żyją.

Na rynku wydawniczym ukazała się kolejna "bliska" nam pozycja, tym razem traktująca o życiu mieszkańców popegerowskiej wsi, gdzieś w okolicy Szczecinka. Z autorem "Zadry" Dominikiem Rutkowskim rozmawiała dziennikarka Onetu Ewa Raczyńska.

Jak to się stało, że zamieszkałeś w wiosce popegeerowskiej?

Wyprowadziłem się tam z głupoty. To oczywiście żart. Był 1995 rok i czas, kiedy Warszawa bardzo męczyła. Niektórych pewnie męczy także i dziś, ale przemiany lat 90 sprawiły, że to miasto było trudne do mieszkania. Od jakiegoś czasu nosiłem w sobie pomysł, żeby przenieść się na wieś. Bo dlaczego nie? Tak się złożyło, że jeździliśmy do rodziny do Koszalina, więc siłą rozpędu kupiliśmy dom nad jeziorem, we wsi, która leży między Szczecinkiem a Białogardem. Dom był poniemiecki. Długo go remontowaliśmy, ale jak pojechałem tam na wakacje, tak zostałem. Nieistniejący już wtedy PGR był postpeerelowskim garbem narosłym na pięknych okolicznościach przyrody, bo miejsce jest niezwykle urokliwe. Wytrzymałem na wsi pięć lat, ale do dzisiaj wracam.

Co tam robiłeś?

Pojawiła się szansa wydzierżawienia po byłych PGR-ach 400 hektarów ziemi i budynków, które właściwie przylegały do mojego domu. Postanowiłem, że będę uprawiać zboża.

W 1995 roku zastałeś wieś, w której zaledwie kilka lat wcześniej zlikwidowano miejsca pracy dla wszystkich jej mieszkańców. Co zastałeś na miejscu oprócz opuszczonych budynków?

Dzieci. Te pamiętam najbardziej. Do moich kilkuletnich wówczas dzieciaków przychodziło ich ze wsi około piętnaścioro, pobawić się. Były codziennie. Z moją żoną otoczyliśmy je opieką. To były czasy, kiedy naprawdę w upadłych pegeerach panował głód i dotykał przede wszystkim dzieci. Karmiliśmy je, ubieraliśmy w miarę możliwości. Pamiętam, jak dziesięciolatce dałem czekoladę, okazało się, że jadła ją pierwszy raz w życiu.

(…) I do tego dołóż opowieści o raju utraconym. Od dojarki, przez pracujących w polu, w biurach, na dyrektorze skończywszy - każdy ci mówi, że PGR-y to był raj, który utracili. I musimy pamiętać, że przede wszystkim był to raj socjalny. Z tego, co słyszałem, nikt głodny w pegeerach nie chodził. Była stołówka, gdzie karmiono dzieci, a pracownicy dostawali zupę regeneracyjną. W szkole na każdego czekało mleko i bułka. Tyle, że miał tam miejsce obrót bezpieniężny. Wszystkie dobra pracownicy PGR-ów dostawali, ale ich wartość potrącano później z pensji, więc przy wypłacie zostawało troszeczkę… na przepicie. Zresztą, wśród części mieszkańców mojej wioski do dziś panuje powiedzenie, że pieniądz nieprzepity, to pieniądz zmarnowany.

I teraz wyobraź sobie, że kiedy w latach 90. upadają PGR-y, ci ludzie muszą wszystko sami sobie zagwarantować. Obojętnie, czy dostaną pieniądze z gminy, czy zapracują, muszą zapłacić prąd, wodę, mieszkanie, ubrać się, kupić jedzenie. Tymczasem przez 40 lat uczono ich, że to, co mam w kieszeni, mogę wydać na alkohol, bo całą resztę i tak dostanę. I teraz jak to odwrócić? Dla tych ludzi to było okrutne zderzenie się z rzeczywistością, której kompletnie się nie spodziewali. Ówczesny rząd powtarzał, że nie należy dawać ludziom ryby, a wędkę. Tylko tę wędkę trzeba było umieć obsłużyć, wiedzieć, jak założyć przynętę. Ludzie z pegeerów dostali wędkę i zupełnie nie wiedzieli, co z nią zrobić.

(…) W 1995 roku w mojej wsi bezrobocie wynosiło 95 proc., w Szczecinku – najbliższej większej miejscowości - 50 proc. Nie było żadnej pracy, a dotychczasowi pracownicy PGR-ów nie mieli żadnego przygotowania. Każdy był wyspecjalizowany w wąskim zakresie. Nawet jak dostali ziemię do uprawiania, nie potrafili się nią zająć, bo jak jeden jeździł traktorem, to nie umiał robić przy zwierzętach, a jak mu się traktor zepsuł, to nie naprawił, bo ktoś innych w PGR-ach od tego był. Jak kobieta była dojarką, to już cielętami się nie zajęła. I teraz jak oni mieli siać, zbierać polony na małym areale, kiedy kompletnie się na tym nie znali?

Pomijam, że nie mieli sprzętu, nawet pieniędzy na zasiew. Okazało się też, że mieszkania, w których mieszkali, nie są ich, że wszystko jest własnością państwa, że za wywóz śmieci trzeba zapłacić, a skoro ich nie było na to stać, to najłatwiej było wyrzucić do lasu. Ciepło w rurach przestało lecieć, skończył się deputat drewna, więc wycinali drzewa, bo przecież wszystko było nasze. Jak jeden dostał wyrok za wycięcie stuletniego buka, to kolejni podczas burzy podpalali drzewa, mówiąc, że piorun w nie uderzył. Drzewo się przewracało i znikało w ciągu kilkunastu minut. Ci przynajmniej jakąś inicjatywę wykazali, bo inny siedział i marzł, albo rozgrzewał się alkoholem.

Kolegowałem się z nimi, grałem w drużynie piłkarskiej, dawałem pracę, a oni mnie okradali. Może nie tak, jak PGR-y, bo próbowałem z tym walczyć, byli jednak sprytniejsi ode mnie. Przyłapani, podczas rozmów w ogóle nie mieli poczucia, że robią mi krzywdę. To im się kompletnie nie łączyło. Nigdy, mieszkając tam, nie spotkałem się z określeniem, że ktoś coś ukradł. Było, że wyniósł albo wziął – śrubkę, wąż, wkrętak, mydło.

PGR dawał im na to przyzwolenie?

Właśnie. Wtedy wszyscy kradli i nikt nie widział w tym niczego złego. Pracownicy kradli na małą skalę, a dyrektor szedł już w całe krowy. Nieustannie im powtarzano, że wszystko jest nasze, a skoro nasze, to biorę. Potem przestało być nasze, więc czyje jest? Twoje?

Czekali na to, że coś się zmieni, że jednak rząd sobie o nich przypomni?

Kiedy przeprowadziłem się na tę moją wieś, w powietrzu czuło się wyczekiwanie. W 1995 roku, przed wyborami prezydenckimi, we wsiach popegeerowskich pojawiał się gość, który jechał PKS-em. Wysiadał, szedł po coś do sklepu, słyszał narzekania, dołączał się do rozmowy, po czym mówił: „Jak przyjdzie Kwaśniewski, wrócą PGR-y”. Wsiadał w PKS i odjeżdżał. Nic więcej, żadnej agitacji. Kwaśniewski na tym terenie zebrał 100 proc. głosów. On był stamtąd, ludziom wydawało się, że zna ich problemy. Kiedy okazało się, że ani myśli pamiętać o byłych PGR-ach, przyszło ogromne rozczarowanie.

Co robili?

Utrzymywał ich las, przynosili z niego to, co akurat brał skup: grzyby, jagody, dziurawiec, korę wierzbową, żołędzie, buczynę, nawet winniczki, a zimą szukali rogów. Zbieractwo jak w średniowieczu. Nie mieli szans na rynku pracy, nie byli mobilni. Zakisili się w tych byłych PGR-ach. Ten, kto mógł, uciekał, najczęściej za granicę. Ci, którzy byli gotowi do ciężkiej pracy, jechali do Niemiec i wracali, będąc przykładem dla innych. To był pierwszy krok do zmian. Pamiętam faceta – ojca tego chłopaka od sokołów - który w Niemczech pracował w cyrku czy wesołym miasteczku, zajmował się zwierzętami, rozstawiał, ustawiał namioty, karuzele. Coraz więcej sąsiadów prosiło: załatw mi też robotę i załatwiał. Poza tym, z biegiem lat, zaczęły pojawiać się oferty pracy na lokalnym rynku. Powstawały przedsiębiorstwa, w których ci ambitni pracowali.

(...) Nie winię tych ludzi, winie system. PGR to największa aberracja komunizmu. Tam, jak w soczewce, skupiało się wszystko, co było najgorsze w komunie. To nieudany eksperyment na ludziach. Albo właśnie udany, zależy, z której strony patrzeć. 

Cały wywiad dostępny tu:

https://kobieta.onet.pl/w-pgr-ach-jak-w-soczewce-skupialo-sie-wszystko-c...

Źródło: Onet - Ewa Raczyńska

Tekst - opracowanie: Sławomir Włodarczyk

Foto główne: S. Włodarczyk

Foto w tekście: Onet