Budżet obywatelski to zły pomysł

  • Blogi
  • Felietony
Miasto z Wizją / 15.05.2018 / Komentarze
Felieton Krzysztofa Serafińskiego

Budżet definiuje się na dwa sposoby. W najprostszym ujęciu - jako plan dochodów i wydatków, albo jako centralny fundusz, w którym gromadzi się pieniądze. Budżet obywatelski czy inaczej budżet partycypacyjny, to natomiast mechanizm polegający na wydzieleniu części budżetu miasta (lub dzielnicy - w przypadku dużych miast), o której wykorzystaniu decydować mają obywatele. Pierwszy raz w Polsce pojawił się w 2011 roku w Sopocie. Dużo ludzi cieszy się z takiego pomysłu, bo wierzy, że daje on im możliwość wpływu na wydawanie środków publicznych. Tutaj wyjaśnię dlaczego mnie taka idea nie cieszy - zwłaszcza w Szczecinku.

Problem z budżetem obywatelskim pojawia się już w samym pojęciu, bo choć pieniądze są tu częścią budżetu miasta, to w praktyce mechanizm ten rodzi częściowo podobne skutki jak funduszowanie (w funduszowaniu - pieniądze biorą się z konkretnych źródeł i wydawane mogą być tylko na odpowiednie, konkretne cele). Stanowi bowiem nieuzasadnioną fragmentację budżetu, zwiększającą na dodatek zakres możliwości nieefektywnego i niecelowego wydawania pieniędzy publicznych, przy takim samym lub większym obciążeniu podatkowym mieszkańców. Oczywiście miasto może trwonić pieniądze na trywialne inwestycje również bez budżetu obywatelskiego - ale jego funkcjonowanie sprawia, że takie trwonienie staje się pewne. Część środków publicznych zostaje bowiem na stałe "przymocowana" do tego rodzaju wydatków.

Budżet obywatelski to przede wszystkim dawanie mieszkańcom pozorów, że mają wpływ na swoje pieniądze - odprowadzone do budżetu miasta w postaci podatków. Złudzenie takiego wyboru łagodzi niechęć do trwonienia środków publicznych. Oddając bowiem ludziom możliwość współdecydowania o części budżetu, wciąga ich w współodpowiedzialność za marnotrawienie tych środków. Nie dajcie się zwieść tym, że budżet obywatelski pozwala wam decydować o własnych pieniądzach! Jedynym rozwiązaniem faktycznie pozwalającym na to, by mieszkańcy decydowali o swoich pieniądzach, jest pozostawienie tych pieniędzy w ich kieszeniach! Państwo i samorządy zamiast więc zwiększać obciążenia finansowe - sporadycznie dając przy tym pozorną możliwość decydowania o zmarnowaniu części budżetu - powinny dążyć do redystrybucyjnego minarchizmu. Zmniejszać podatki, a finansowanie ze środków publicznych jak najbardziej ograniczyć do rzeczy niezbędnych - sporadycznie inwestując w rozbudowę np. infrastruktury służącej wypoczynkowi i rekreacji.

Budżet obywatelski to poza pozorami wyboru, wspomniane marnotrawienie publicznych pieniędzy. Projekty proponowane w ramach tego budżetu dotyczą kwestii raczej estetycznych. Na przykład w Koszalinie proponowane projekty dotyczyły m.in. stworzenia placu rekreacyjnego, specjalnego miejsca na pikniki, wybiegu dla psów, boiska do gry w kule, ławek-rzeźb, interaktywnej mapy Koszalina. Mało potrzebne, trywialne rzeczy, które głównie ucieszą dzieci, nieubogich emerytów i innych ludzi, nie zwracających większej uwagi na problemy gospodarcze i społeczne. Nie ma też w tym mechanizmie spójności i konsekwencji. Na przykład to, że w danym roku na jednym osiedlu powstanie plac zabaw dla dzieci, nie znaczy, że za rok powstanie na innym.

Do tego dochodzi kwestia wartości takich inwestycji dla samych mieszkańców. Szczecineccy zwolennicy budżetu partycypacyjnego podają tu przykład pomysłu na park dla deskorolkarzy, który mógłby zostać zrealizowany w ramach takiego systemu. Problem w tym, że o ile zwolennicy takiej aktywności będą z takiego parku korzystać chętnie i regularnie, to stanowią na tyle mały odsetek mieszkańców, że w konfrontacji z innymi, bardziej "ładnymi" projektami, pomysł takiego parku mógłby przegrać.

Jednocześnie budżet taki daje możliwość forsowania projektów niezgodnych z prawem, problematycznych pod względem etycznym lub tworzących zagrożenie. Przykładem niech będzie tu sprawa budżetu obywatelskiego w Kraśniku z 2014 roku. Najwięcej głosów zebrał projekt zakładający przeprowadzenie remontu dachu jednego z lokalnych katolickich kościołów. Projekt zaakceptowano do głosowania, mimo że remont kościoła nie należy do zadań gminy - co potwierdziła później Regionalna Izba Obrachunkowa. Ostatecznie więc, mimo że projekt był zaakceptowany i przegłosowany, musiał zostać odrzucony na tej właśnie podstawie. Projekt problematyczny pod względem etycznym złożono też w 2016 roku w Koszalinie - i dotyczył on rozbudowy Domu Harcerza należącego do ZHP. Gdyby wygrał - organizacja która m.in. krzewi wśród młodzieży ksenofobię i nienawiść na tle światopoglądowym (np. poprzez pochwalanie działalności NSZ i NZW) - dostałaby od miasta do 50 000 zł wsparcia!

Wnoszone mogą być również projekty tworzące lub zwiększające zagrożenie. Przykładem niech będzie również proponowany w Koszalinie, projekt liczników przy światłach na skrzyżowaniach, które odmierzałyby czas oczekiwania. Projekt nie wygrał. Za to podobne rozwiązanie wprowadzono wcześniej w Grudziądzu - i jak się okazało, przyniosło ono więcej szkód niż pożytku. Zarząd Dróg Miejskich w Grudziądzu przeprowadził bowiem badania, które wykazały, że na skrzyżowaniach z licznikami, większa jest liczba przejazdów na czerwonym świetle oraz liczba przypadków przekroczenia dozwolonej prędkości.

W Szczecinku (i pewnie wielu małych miastach) jest jeszcze jeden kłopot. Miejsce to jest apatyczne pod względem społecznym i politycznym. Organizacje działające tutaj zrzeszają wąskie grupy towarzyskie. Tym samym za różnego rodzaju kolejnymi "niezależnymi inicjatywami społecznymi" i tak stałyby te same osoby. Oznaczałoby to, że wszystkie projekty, albo przynajmniej ich większość - byłyby wnoszone przez wąskie grupy ludzi i to oni byliby ich głównymi beneficjentami! Co więcej, system taki pozwalałby winnemu marnotrawienia środków publicznych, usprawiedliwiać się tym, że "przecież to mieszkańcy tak zdecydowali".

Kolejny problem - podobnie jak przywileje socjalne, budżet obywatelski byłby trudny do likwidacji. Jest on inicjatywą przede wszystkim propagandową. Nie jest więc zbyt skuteczny jeżeli chodzi o kształtowanie miasta. Brak w nim choćby wspomnianej celowości wydawania środków publicznych. Idea takiego budżetu budzi za to społeczne zainteresowanie i emocje. Tymczasem jeżeli wprowadza się jakąś "miłą" zmianę (nawet kosztem wzrostu podatków), to sporo osób oburzy się, gdy usłyszy o chęci wycofania się z niej. Tak więc w przypadku zaistnienia budżetu obywatelskiego, niezależnie jakie ugrupowanie wygra wybory w przyszłości, będzie musiało szukać źródeł finansowania dla pomysłów wyłonionych w ramach jego realizacji.

Budżet obywatelski nie jest metodą skutecznego zaspokajania potrzeb mieszkańców. Zajmować należałoby się przede wszystkim najważniejszymi kwestiami w hierarchii. Pierwszeństwo powinno mieć choćby wydawanie pieniędzy publicznych na usuwanie barier architektonicznych utrudniających poruszanie się niepełnosprawnym, czy redukowanie zagrożeń na drogach. Tymczasem budżet obywatelski zrównuje takie potrzeby ze wspieraniem konkretnych stowarzyszeń, stawianiem rzeźb i tworzeniem miejsc piknikowych.

Oczywiście będą w Szczecinku różni ludzie, których nie interesuje problem bezpieczeństwa na drodze, braku mieszkań, bezrobocia, bezdomności, niepełnosprawnych. Osoby z mentalnością narzuconą przez PRL, będą patrzeć tylko na to czy coś "ładnie wygląda". Przedstawiciele różnych fundacji czy innych "dobroczynnych" podmiotów - będą jedynie interesować się wyciąganiem pieniędzy na działalność, która pozwoli im zarobić lub wypromować się zaprzyjaźnionym działaczom politycznym. Wpływ takich postaw należy ograniczać, a nie je podbudowywać. Budżet obywatelski temu jednak nie służy.

Zastanówcie się więc czy budżet partycypacyjny w Szczecinku to dobra rzecz. Czy chcecie by powstał kolejny mechanizm obciążający wasze kieszenie - tylko po to by raz w roku wybrać jakiś projekt, na którym albo zyska wąska grupa ludzi, albo na skutek którego powstanie jakiś mało przydatny obiekt miejski, o którym większość po kilku miesiącach i tak zapomni.

Krzysztof Serafiński

Foto: Sławomir Włodarczyk