Idą wybory, będzie się działo

  • Felietony
  • Blogi
Tomasz Czuk / 21.02.2014 / Komentarze
Zaczęło się! Pierwsze zwiastuny przedwyborczej ruchawki widać już na bilbordach.

Zaczęło się! Pierwsze zwiastuny przedwyborczej ruchawki widać już na bilbordach. Jedni rwą szaty nad zadłużeniem miasta, drudzy zapraszają na mecze siatkówki, dobrodusznie pochylając się nad losem niepełnosprawnych dzieci. Jeszcze inni ekshumują marzenia o lokalnej gazecie, z nostalgią wspominając niegdysiejszą potęgę Trybuny Ludu. Tylko patrzeć jak pojawią się kolejne marketingowe sztuczki. Ot choćby „medialne ustawki”, które od jakiegoś czasu stały się ulubioną zagrywką pijarowców. Można się oczywiście na to zżymać, wyrażając ubolewanie nad upadkiem współczesnego dziennikarstwa, ale to samotne wołanie na puszczy. Czy nam się to bowiem podoba, czy nie, „medialne ustawki” stały się nieodzownym elementem politycznej rywalizacji i gwarancją obecności w się mediach. Trochę to smutne, ale takie są niestety realia czasów, w których szczerość stała się elegancją chamów, a pospolite chamstwo, błyskotliwą inteligencją medialnych pajaców. I nic się na to nie poradzi.

A przecież jeszcze do niedawna „ustawki” kojarzone były głównie z kibolami, a w zasadzie bandytami zaludniającymi polskie stadiony, którzy nadmiar testosteronu zwykli rozładowywać w regularnych mordobiciach. Od pewnego czasu jednak stały się skutecznym narzędziem uprawiania polityki. Kiedy jeden z prominentnych posłów polskiej lewicy przed wyborami do Europarlamentu wystąpił na okładce tygodnika Wprost z półobnażonym torsem, zrobił furorę. To oczywiście nie była jeszcze klasyczna ustawka, a jedynie przysługa wyświadczona przez zaprzyjaźnione media. Cel jednak osiągnięto. Image posła globalnie ocieplono. Do dzisiaj w niektórych kręgach mówi się o nim „dżaga”, pomijając zupełnie milczeniem fakt, że polityk ten stara się obecnie zbudować wizerunek twardziela w triathlonowej wersji „iron man”. Na razie z dość mizernym co prawda skutkiem, ale dziennikarze na pewno mu w tym pomogą. Wszak żyjemy w czasach reklamy natywnej!

Ustawki medialne bywają oczywiście różne. Mogą pomóc, ale czasami mogą też zaszkodzić. Wszystko zależy od inteligencji i kreatywności zleceniodawcy. Czasami trafiają się perełki, a czasami ewidentne kurioza, jak choćby ustawka byłej minister resortu edukacji Katarzyny Hall, która „nieświadomie” dała się sfotografować z opuszczonymi do kostek galotami reporterom jednego z czołowych polskich tabloidów. Niezorientowanym czytelnikom przypominam, że wszystko odbyło się w gabinecie lekarskim, do którego była szefowa resortu edukacji trafiła na rehabilitację kolana. Swoją drogą ciekaw jestem czy zdecydowałaby się na podobny manewr przy kolonoskopii? Ta rozpaczliwa próbą wizerunkowego liftingu skończyła się jednak kompromitacją i sporą ilością „memów”, które lotem błyskawicy obiegły cały Internet.

Nasi politycy zbyt często bowiem w przedwyborczej pogoni za popularnością chwytają się metod, które zamiast przysporzyć im popularności, spychają w koleiny obciachu. Ale to już ich zmartwienie. Szkoda tylko, że tak szybko o tym zapominamy, z bezrefleksyjną łatwością przechodząc nad tym do porządku dziennego. Tak było choćby z premierem Marcinkiewiczem, który w 2006 roku nieoczekiwanie pojawił się w jednym z gorzowskich liceów na tradycyjnej Studniówce. W zupełnej tajemnicy przed mediami, ma się rozumieć. Z głębokiej potrzeby serca i troski o rozwój ponadgimnazjalnego szkolnictwa przyjechał, a nie – jak twierdzili złośliwcy – z politycznego wyrachowania. Efekt tej niespodziewanej wizyty szefa rządu był taki, że już po kliku taktach Poloneza, wszystkie stacje telewizyjne w Polsce dysponowały filmowym materiałem, w którym Kazimierz Marcinkiewicz filuternie pląsał w gromadce zdezorientowanej całą sytuacją przyszłych maturzystów. Ludzki pan! Usłużne media były oczywiście, tam gdzie trzeba. Internauci jednak wiedzieli swoje i nie obeszło się bez drobnych złośliwości, a sam premier zyskał po swoim występie mało wyjściową ksywkę „Gibki Kazek”.

Takich ustawek w politycznym życiu III i IV RP było całkiem sporo. A że przykład idzie z góry, to siłą rzeczy musiały one również trafić pod samorządowe strzechy. Do Szczecinka też.

W historii naszego miasta najbardziej kuriozalną ustawkę zorganizowali kiedyś działacze lokalnego SLD podczas jednego z piłkarskich meczów MLKS Wielim. Chodziło oczywiście o to, aby w świetle lokalnych kamer szef szczecineckiej lewicy, występujący wówczas w charakterze wrażliwego społecznie sponsora, mógł w obecności licznie zgromadzonych widzów, wręczyć zawodnikom trzecioligowego bodajże wówczas Wielimia, piłkarskie buty. Gest oczywiście głęboko szlachetny i godny naśladownictwa – a jakże! Ale, że buty piłkarskie trzeba przed meczem rozbić, zawodnicy otrzymali je kilka dni wcześniej, a przed ligowym meczem wręczono im puste pudełka! Można kulturalnie proszę Państwa? Pewnie, że można! Proste jak instrukcja obsługi onucy. Nasze media, w sile dwóch telewizji, kilku dziennikarzy radiowych oraz redaktora jednej z gazet, podobnie zresztą jak spora część publiczności, dały się na ten spektakl nabrać, a całą uroczystość pokazano w magazynach sportowych jednej i drugiej stacji telewizyjnej. Kiedy o tym myślę, to tylko uśmiecham się pod nosem, bo do końca nie chcę mi się wierzyć, aby nasi dziennikarze nie wiedzieli, co się święci. To już jednak zupełnie inna bajka, która utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że medialne ustawki to chleb powszedni naszej rzeczywistości i że będzie ich coraz więcej. W Szczecinku na pewno ich nie zabraknie!