Jest rok 2004

  • Blogi
Redakcja / 09.07.2014 / Komentarze
Gorący sierpniowy wieczór rozświetla blask ogniska, snopy iskier szybują w niebo. Ciemność powoli zasnuwa okolicę porosyjskich bunkrów lotniczych w Bagiczu.

Jest rok 2004. Stasiek!!! Wołam. Spogląda na mnie twarz młodego człowieka o głębokim błękitnym spojrzeniu. Pełny życia i pomysłów. Ma trzydzieści parę lat. Żona, dzieci… jest spełniony. W klubie jest już kilka ładnych lat. Jego plecy zdobi żółty orzeł. Tak wiele czasu swojego i swojej rodziny poświęcił dla tego symbolu. Symbolu braterstwa, równości, lojalności. Każdy, kto wie ile trzeba oddać za przywilej posiadania barw klubowych, ceni je ponad wszystko. Wie, że zawsze może liczyć na swoich braci klubowych. Jesteśmy ze sobą na dobre i na złe. Gorący sierpniowy wieczór rozświetla blask ogniska, snopy iskier szybują w niebo. Ciemność powoli zasnuwa okolicę porosyjskich bunkrów lotniczych w Bagiczu. Upalny dzień ustępuje miejsca ciepłej letniej nocy. Kolejny w tym sezonie zlot motocyklowy. Ze sceny płynie ostry rock and roll . Ktoś katuje sprzęta… zapach palonej gumy dusi , niedaleko sceny tańczą zlotowicze. Młoda dziewczyna wskakuje chłopakowi na plecy, on zatacza się upadają… salwy śmiechu. Obok nas przechodzi grupka austriackich podchmielonych motocyklistów. Lubią tu przyjeżdżać, jest tu coś, czego u nich nie ma, luz i swoboda. Ryk motocykli, gwar rozmów na jeden słuszny temat…. mój motocykl. Rozmowy o Klubie, o planowanych wypadach motocyklem, o rodzinie, zajmują nam kolejne godziny. Kiepską kiełbasę popijamy piwem. Życie jest piękne. Kolorowe namioty jak kwiaty zdobiące łąkę wypełniają teren zlotowiska. Stasiek z dumą opowiada o swoim synu. Wiesz, on już siada na motocyklu. Ledwie daje radę sięgnąć kierownicy…. uśmiecha się dumnie. Rośnie nowy klubowicz, żartujemy. Zaczyna nas męczyć tłum, ryk … wstajemy. Zostawiamy przy ognisku resztę braci klubowej. Chyba nawet nie zauważyli jak się oddalmy. Kilkadziesiąt metrów dalej jest morze, majestatyczne, srebrzące się światłem księżyca. Spokojne, leniwe fale szumią z poczuciem niezmienności. Idziemy brzegiem. Zdaje nam się, że nie ma nic na świecie piękniejszego, niezmiennego. A to, co mamy jest nam dane raz na zawsze. Miłość, rodzina, przyjaźń. Idziemy w ciszy. Nagle staje. Jego twarz oblana srebrnym światłem luny wygląda jak wyrzeźbiona. Nemo, powiedz mi, co w życiu jest najważniejsze? Zaskoczył mnie. Chwilę zastanawiam się. Każdy w życiu ma swój system wartości, odpowiadam, ale sądzę, że nieprzemijającą wartością ponad wszystko jest rodzina, przyjaźń. Nie pieniądze, posiadane przedmioty, ale poczucie, że żyjemy dla kogoś, posiadanie celu… rozmowa przybiera bardzo osobisty charakter. Wiesz, bardzo kocham swoją żonę, dzieci i doceniam to, co mam, ale czasami boję się. Zawiesił głos, a potem zamilkł. Miałem na końcu języka zapytać, czego się boisz, ale uszanowałem jego wolę milczenia. Wiesz, co? Wracamy do chłopaków. Ruszył w kierunku łuny, jaka roztaczała się nad terenem zlotu. Dobiegała północ. Zaraz tradycyjnie, jak od wielu lat z powodu przypadającej połowinki śmierci Piotra Olendra (od jego ksywy pochodzi pierwszy człon nazwy klubu) zostaną wystrzelone sztuczne ognie i z głośników popłynie hymn Ole Karter. Chyb jesteśmy jedynym klubem, który takowy posiada. Od wielu lat, tej nocy wspominamy „Olego” duchowego mentora, założyciela Ole Karter. Milknie muzyka, na scenie „Irek” prezydent klubu w kilku słowach przypomina o tej tradycji. Strzelają race, miliony iskier to wznoszą się to opadają tańcząc swój świetlisty taniec. Jak życie, w górę, a potem w dół. W huku wybuchających rac płyną słowa hymnu „Ole, Ole przyjacielu, przyjacielu drogi nasz, w naszych sercach pozostaniesz, w nich na zawsze miejsce masz”. Zawsze mi gardło ściska, kiedy brzmią te słowa, a łzy napływaj do oczu… zapada cisza. Milknie cały świat. Zapalmy pochodnie, siadamy na nasze maszyny, powoli korowód motocykli jak świetlny wąż wije się w nocnym mroku. Wracamy na zlot. Rano trzeba wracać do domu. Jeszcze poranna, kawa pakujemy namioty. Powoli kończy się zlot. Stasiek w ciszy zapełnia sakwy swojego rumaka, pakując swój cały motocyklowy dobytek. Jest cichy, jakby go tu nie było. Kolejni zlotowicze odjeżdżają. Pożegnania, klepnięcia… do następnego spotkania. Zmęczony, ale szczęśliwy parkuję motocykl w domowym garażu. Dzwoni telefon… krew odpłynęła mi z żył… Stasiek nie żyje. Przed oczami mam jego twarz. Nie potrafię wypowiedzieć słowa. Co się stało, jak, kiedy? Przecież on? Jeszcze kilka godzin temu żegnaliśmy się, ściskając bratersko. Cisza w słuchawce, kolega płacze. Zginął na miejscu. Kierowca samochodu wyprzedzał pod górkę. Młody człowiek jechał z trzema dziewczynami, popisywał się swoimi umiejętnościami, szybkością i brawurą. Czołowo zderzył się z samochodem, który wyprzedzając całą kolumnę samochodów wjechał na jego pas.. Siła zderzenia była tak silna, że urwało mu nogę podczas zderzenia, która zaklinowała się w „gmolach”, następnie on i motocykl uderzyli w drzewo. Zginął na miejscu. Kolejna bezsensowna śmierć. Policja stwierdziła, że nie miał żadnych szans. Jechał spokojnie, prawidłowo. Osierocił dzieci i żonę… ciekawe czy przeczuwał, że nie będzie mu dane wrócić z tego zlotu do żony, rodziny? Pogrzeb był tragedią, …jak co roku odwiedzamy grób Staśka w połowie sierpnia. Żyjmy tak, jak by każdy dzień był naszym ostatnim dniem życia, bo nie wiemy co nas czeka za kolejnym wzniesieniem.