Mission: Impossible - czyli cudzoziemiec szuka mieszkania.

  • Felietony
  • Blogi
Małgorzata Kosmalska / 27.03.2014 / Komentarze
Mówi się, że przeżyć dwie przeprowadzki to jakby przeżyć jeden pożar... W takim razie przeżyłam już cztery pożary. Bardziej jednakowoż pocieszająca sentencja (i tej przy następnej przeprowadzce będę się trzymać) zapewnia, że każda ze zmian miejsca daje nam nowe możliwości w przeróżnych aspektach życia. Wielkie, rewolucyjne przeprowadzki do nowego miasta, dają czystą kartę, możliwość rozpoczęcia na nowo.

Mówi się, że przeżyć dwie przeprowadzki to jakby przeżyć jeden pożar…. W takim razie przeżyłam już cztery pożary. Bardziej jednakowoż pocieszająca sentencja (i tej przy następnej przeprowadzce będę się trzymać) zapewnia, że każda ze zmian miejsca daje nam nowe możliwości w przeróżnych aspektach życia. Wielkie, rewolucyjne przeprowadzki do nowego miasta, dają czystą kartę, możliwość rozpoczęcia na nowo. Małe zaś mogą dawać większą wygodę i komfort mieszkania. Jestem i po jednych i po drugich, więc wiem, co mówię ;)

Meritum jednakże sprawy jest takie – żeby się przeprowadzać, rewolucyjnie czy też mniej, trzeba mieć GDZIE. Najbardziej żywotna kwestia w życiu człowieka, odkąd zaczął szukać schronienia to DOM. Od człowieka jaskiniowego, którego priorytetem była kwestia bezpieczeństwa i ochrony przed zimnem aż po współczesnego totalnego mieszczucha, który musi mieć fajne meble, designerskie gadżety i jak największą funkcjonalność. (Chyba jestem takim mieszczuchem, może z pominięciem tych gadżetów). Jednakowoż wracając do meritum – poszukiwanie mieszkania/domu to doprawdy ciężki orzech do zgryzienia. Na atrakcyjność lub jej brak, danej propozycji wpływa tysiące najróżniejszych czynników: wielkość mieszkania, piętro, lokalizacja, jasność, ciepło, sąsiedzi, dostęp do suszarni, wózkarni/rowerowni… można by je wymieniać bardzo długo. Z drugiej zaś strony pojawia się drugi, determinujący wybór czynnik – rynek wynajmu mieszkań. Nie będę się tu zagłębiała w obrót nieruchomościami, bo takowy w Szczecinku raczej mnie nie interesuje. Za to rynek wynajmu mieszkań jeszcze do niedawna interesował mnie bardzo żywotnie.

Jak wspomniałam, przeprowadzałam się już wielokrotnie, jednakże aż do połowy zeszłego roku tylko w obrębie Poznania. Tam rynek wynajmu mieszkań jest w pewien sposób ustabilizowany i uzależniony głównie od studenckiej braci, jak również absolwentów, którzy (jak ja) po skończeniu studiów postanowili zostać, mieszkać i pracować w Poznaniu. Wahania roczne w podażypokrywają się z rokiem akademickim. Najlepszym okresem na wynajem mieszkania – jeśli nie jest się studentem – jest okres trzech miesięcy: maj, czerwiec i lipiec. Ci, którzy chcieli zrobić sobie długie wakacje, pozdawali egzaminy na przedterminach, a chcąc uniknąć opłat za miesiące letnie często zwalniają mieszkania. Wtedy można przebierać jak w ulęgałkach. Ba! Można nawet negocjować ceny, co, jak zdążyłam się przekonać parę razy nie jest wcale łatwe (wszyscy chyba znamy przeróżne powiedzenia na ten temat, np. Poznaniak jest Szkotem, wyrzuconym ze Szkocji za skąpstwo). Im bliżej jednak początku roku akademickiego, tym większe trudności ze znalezieniem dobrego lokum. Wtedy rozhisteryzowany student pierwszego roku, weźmie za horrendalną kwotę nawet kawalerkę, która ze spokojem mogłaby robić za chlew. Drugim fajnym okresem na szukanie mieszkania jest koniec pierwszego semestru. Ziarno zostaje odsiane od plew, kto miał pozdawać, ten pozdawał – kto miał odpaść, wraca na tarczy do domu. W miesiącach styczeń/luty można zatem znaleźć coś godnego uwagi, ale idea przeprowadzania się zimą nigdy do mnie nie przemawiała – pewnie z czystego wygodnictwa.

Tak więc wyglądały moje dotychczasowe doświadczenia mieszkaniowe – mimo prawdziwego eldorado mieszkaniowego w miesiącach letnich, w pozostałych częściach roku (no może z wyłączeniem września i października) można było również znaleźć coś fajnego na różnorodnych portalach. I nagle spada na mnie przeprowadzka do Szczecinka. Z mieszkaniowego raju, gdzie z reguły tylko zasobność portfela decyduje o tym czy znajdzie się odpowiednie mieszkanie czy nie, trafiam do miejsca, gdzie panuje absolutna posucha.

Może trochę dramatyzuję, aż tak koszmarnie nie było. Jednakże właśnie porównanie tych dwóch rynków uświadomiło mi, że człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego, a jak tego zabraknie to marudzi straszliwie – ja marudziłam. Teraz każdy szczecinecczanin mógłby mnie zarzucić argumentami, że Poznań jest dużo większy, że miasto studenckie, że to zupełnie inaczej ukształtowany rynek mieszkaniowy… a ja nie zaprzeczę, to wszystko fakty, ale mimo to, uważam, że Szczecinek nie jest w stanie podołać zapotrzebowaniu ludzi na mieszkania – ale pocieszmy się, jak większość miast w Polsce.

Gdyby nie pomoc znajomych chyba nigdy nie udałoby mi się tu znaleźć mieszkania – przede wszystkim trudno działać, jak się jest 180 kilometrów dalej. Oglądanie zdjęć i rozmowy telefoniczne to jedno, a obejrzenie przedmiotu wynajmu na żywo to całkiem inna sprawa. A przecież nie mogłam jeździć w jedną i drugą stronę, kiedy tylko pojawiało się jakieś ogłoszenie – dodam jeszcze, że działo się to dość rzadko. W każdym razie znajomy, znajomego, miał przyjaciela, który miał dziewczynę itd. Na początku cieszyłam się, że się udało. Zakładałam, że to mieszkanie tymczasowe. Nie było wcale jakieś koszmarnie złe – po pozbyciu się w nim wilgoci i zaczątków pleśni, dało się żyć - zważywszy, że było całkiem przestronne, miałam dostęp do ogródka i całkiem sensowne miejsce na rower. Jednakowoż miało jedną podstawową wadę – było za daleko od pracy. W Poznaniu także miałam daleko do pracy – jednak tam, wszędzie i w miarę rozsądnym czasie (czego nie dało się powiedzieć o cenie) dało się dojechać tramwajami, które to są jedyną akceptowalną przez mój organizm formą komunikacji miejskiej. W Szczecinku ze względu na żywiołową niechęć do autobusów musiałam drałować, światek, piątek czy niedziela, ciepło czy zimno, słońce czy deszcz dobre dwadzieścia pięć minut na piechotę – piękną trasą, zaprzeczyć nie mogę, ale jednak na piechotę.

Z uporem maniaka i z obłędem w oczach zaczęłam szukać nowego lokum, gdy po okresie taryfy ulgowej, przyszedł czas płacenia całej kwoty za mieszkanie. I z dnia na dzień byłam coraz bardziej rozczarowana. Dzień w dzień sprawdzałam czy pojawiła się jakakolwiek kawalerka, z czasem stwierdziłam, że może być również pokój w domku jednorodzinnym – cokolwiek, byle bliżej pracy i taniej. Wszystko, co pojawiało się na tablicy czy w Temacie szło na pniu. Czasami udało mi się dzwonić niedługo po pojawieniu się ogłoszenia, ale słyszałam, że już całkiem spora kolejka oglądaczy przede mną. Parę razy nawet zdołałam się umówić na oglądanie mieszkania, jednakże okazywały się one niewspółmiernie drogie do warunków jakie oferowano. Szczególnie rozbawiła mnie kawalerka w kamienicy, do której weszłam i głęboko musiałam się zastanowić czy to ja się przewracam, czy to podłoga w kuchni jest taka krzywa. Przeszłam przez parę cudownie pokracznych mieszkanek, przez parę właścicieli, którzy się ze mną umawiali, a potem nawet nie odbierali telefonów, przeszłam praktycznie przez całe miasto (co miało swoje plusy, bo trochę bardziej je poznałam). Aż w końcu trafiłam na cudo, które uchwyciłam zębami i pazurami… I udało się, po dobrych trzech miesiącach poszukiwań znalazłam mikroskopijne mieszkanie, ale szyte jakby na miarę, idealnie dla mnie. Od tej chwili Szczecinek stał się dla mnie jeszcze bardziej przyjazny – jednak przytulny dom, to najważniejszy aspekt determinujący mój dobry humor.