Społeczna tragedia kontra medialna lojalność wobec ratusza
- Aktualności

Portal temat.net publikuje materiały oparte na sprawach sprzed wielu lat, opisując poważne nieprawidłowości, które — według tej narracji — miały zostać wykryte i „naprawione” przez ówczesne kierownictwo Straży Miejskiej. Problem polega na tym, że zarzuty te nie są dziś publicznie poparte dowodami, a ich nagłe pojawienie się następuje dokładnie w momencie największego kryzysu wizerunkowego tej instytucji.
Od kilkunastu dni Szczecinek żyje tą sprawą. Na Straż Miejską wywierana jest presja, pojawiają się oczekiwania dymisji, a sytuacją interesują się już instytucje państwowe. W jednostce prowadzona jest kontrola Państwowej Inspekcji Pracy, która bada m.in. możliwe naruszenia przepisów prawa pracy. To nie jest więc wyłącznie spór medialny — to sprawa, która ma swój formalny, urzędowy wymiar i wymaga rzetelnego wyjaśnienia.
I właśnie w tym momencie pojawia się próba przesunięcia uwagi.
Skoro mówimy o zdarzeniach sprzed wielu lat — a jednocześnie przypisuje się byłej komendant rolę osoby, która o nich wiedziała i podejmowała działania naprawcze — to oznacza, że wiedza o potencjalnych nieprawidłowościach musiała istnieć już wtedy.
W takiej sytuacji naturalnie pojawia się odniesienie do przepisów prawa. Zgodnie z art. 304 § 2 kodeksu postępowania karnego, instytucje publiczne — a więc także jednostki samorządowe — które w związku ze swoją działalnością dowiedziały się o możliwości popełnienia przestępstwa ściganego z urzędu, mają obowiązek niezwłocznie zawiadomić o tym prokuraturę lub Policję. To, że była Komendat miała taką wiedzę wydaje się oczywiste. Jeśli jednak również burmistrz takową posiadał, pozostaje więc pytanie o odpowiedzialność Douglasa?
Mamy do czynienia z poważną niespójnością, która wymaga wyjaśnienia — zwłaszcza że temat pojawia się akurat teraz, w momencie, gdy trwa kontrola instytucji państwowej i gdy opinia publiczna oczekuje odpowiedzi w sprawie bieżącej tragedii.
Nie bez znaczenia jest również kontekst medialny. Portal publikujący te materiały korzysta ze środków publicznych, otrzymując finansowanie z budżetu miasta. To rodzi pytanie o granice niezależności i standardy: czy medium będące beneficjentem samorządowych środków może jednocześnie prowadzić narrację w tak newralgicznym momencie kryzysu?
Dodatkowo sam autor przyznaje, że „nie musi być obiektywny”. To uczciwa deklaracja — ale też jasny sygnał, że mamy do czynienia z publicystyką, a nie bezstronnym relacjonowaniem faktów.
W efekcie zamiast pełnej koncentracji na wyjaśnieniu okoliczności śmierci człowieka, przestrzeń publiczna wypełnia się wątkami z przeszłości, których status pozostaje niejasny.
A to prowadzi do pytania, które coraz częściej zadają mieszkańcy:
czy chodzi o wyjaśnienie tragedii — czy o zmianę tematu?