„To próba przykrycia tego, co dzieje się w straży” — były komendant przerywa milczenie

  • Aktualności
Miasto z Wizją / 05.05.2026 / Komentarze
Były komendant Straży Miejskiej w Szczecinku zabiera głos po publikacji artykułu w „Temacie” i stanowczo odpiera stawiane wobec niego zarzuty. W obszernym oświadczeniu zarzuca autorom materiału manipulacje, nieprawdę i działanie na zlecenie, zapowiadając jednocześnie podjęcie kroków prawnych w obronie swojego dobrego imienia.

Od pewnego czasu zaniechałem pisania felietonów, ale to, co ostatnio wypuścił Temat do spółki z byłą już Komendant Straży Miejskiej w Szczecinku Justyną Pietrzkiewicz, zmusza mnie do zabrania głosu oraz skierowania sprawy do organów, które zajmują się ściganiem pomówień, oszczerstw i nieprawdy. Zastanawia fakt opublikowania artykułu szkalującego moją wieloletnią pracę jako Komendanta SM dopiero teraz, kiedy ta Pani zrezygnowała z funkcji, a nie w momencie, kiedy jeszcze ją pełniła. Według mnie jest to próba przykrycia tego, co się działo i dzieje w Straży Miejskiej w Szczecinku od momentu objęcia funkcji Komendanta przez tę panią. Kto ma rację – wyjaśnią odpowiednie organa. Dodam na początek, że przez 1,5 roku pracy tej pani ok. 4 miesiące spędziła na zwolnieniach lekarskich.

Odniosę się teraz do informacji zawartych w artykule. Tzw. pokój gościnny faktycznie w Straży Miejskiej istniał. Zrobiony był w miarę tanim kosztem i w dużej mierze miał służyć też pracownikom. Straż Miejska pracowała 24 godziny na dobę, a część strażników nie pochodzi ze Szczecinka. Służył również osobom przyjeżdżającym spoza naszego miasta, prowadzącym szkolenia, aby obniżyć koszty tych szkoleń. Barek w tym pokoju jest wymysłem byłej już Pani Komendantki. Tak jak wszystkie pokoje, tak i ten był zamykany na klucze, które znajdowały się u dyżurnego. Kolejna informacja o jakichś butelkach w archiwum to już czysty żart. Pani Komendant przyszła do pracy po 3 miesiącach mojej nieobecności, więc rzekome butelki mógł tam zostawić każdy. Zostałem zwolniony z obowiązku świadczenia pracy, więc nie odpowiadam za to, co działo się tam podczas mojego zwolnienia. Podczas mojej pracy jako komendanta nie było opisywanych sytuacji. W obecnej chwili służy to tylko podgrzaniu atmosfery i przykryciu zdarzeń i konfliktów, jakie mają miejsce w Straży Miejskiej.

O tym, że ten artykuł pisany był na zlecenie, świadczy choćby fakt dot. mojej kolekcji naszywek straży miejskich i policji. W momencie, kiedy ta pani objęła swoje stanowisko, mojej kolekcji już tam nie było, może więc wiedzieć o niej jedynie z opowiadań lub przekazów medialnych lub od pracowników. Nie widzę w tym niczego złego – to kolekcja tematyczna, nawiązująca do pełnionej służby i bardzo ceniona przez znawców tematu.

Umowa z firmą sprzątającą była zawarta na sprzątanie pomieszczeń i nie określała ilości wiader czy mopów, którymi miała się posługiwać osoba sprzątająca – leżało to w gestii tej firmy, a nie po stronie straży.

Za mojej kadencji środki przymusu bezpośredniego były przechowywane w zamykanej szafie pancernej, w zamykanym pomieszczeniu, do którego dostęp mieli tylko dyżurni. Była też prowadzona ewidencja środków przymusu bezpośredniego zgodnie z obowiązującymi przepisami. Było to kilkakrotnie przedmiotem kontroli ze strony Policji i nigdy nie było co do tego zastrzeżeń. Jeśli było inaczej po moim odejściu, to ja winy za to nie ponoszę. Przypominam, że ta Pani objęła stanowisko po mojej prawie 3-miesięcznej już nieobecności.

Ręczne miotacze gazu były systematycznie wymieniane, gdy kończył się ich okres używalności. Jeśli okres używalności któregoś się skończył, to Pani Pietrzkiewicz powinna zakupić nowe i je wymienić.

Operatorzy monitoringu posiadali swoje stanowiska na dyżurce, co dawało możliwość kontrolowania ich pracy przez dyżurnego i podejmowania decyzji o skierowaniu patrolu na ujawnione zdarzenie. Pani Pietrzkiewicz miała inny pomysł na funkcjonowanie monitoringu i przeniosła ich stanowiska do innego pomieszczenia, tracąc nad ich pracą kontrolę. Nagrania nigdy nie były udostępniane osobom postronnym – jest to jej wymysł.

Za czasów nowej komendantki został zakupiony radiowóz elektryczny i porównywanie jego zużycia paliwa do starego radiowozu proszę ocenić samemu. Pragnę jedynie zwrócić uwagę, że radiowóz jeżdżący na paliwo tankuje się dosłownie w kilka minut i dalej może przez całą dobę jeździć, a elektryczny musi być ładowany godzinami i to wyłącza go z użytkowania. Kłamstwem jest, że nie były wykonywane tankowania kontrolne. Były – początkowo co miesiąc, jednak później dwa razy w roku. Na podstawie tankowań kontrolnych były ustalane normy zużycia paliwa. Kiedyś po wspólnej dyskusji podjąłem taką decyzję, tylko nie zmieniłem zapisu zarządzenia i za moją decyzję zwolniony został kierownik referatu.

Jeżeli Pani Pietrzkiewicz chce powiedzieć, że wykryła kradzież paliwa, to już prawie dwa lata temu powinna to zgłosić do prokuratury. Ja nikogo na kradzieży paliwa nie złapałem. Kłamstwem jest też to, że nie była prowadzona dokumentacja przebiegu pojazdów. Stan floty był taki, na jaki burmistrz się zgodził. Zakup nowego radiowozu był niemal świętem. Przez 21 lat tylko 4 razy dostaliśmy pieniądze na nowy radiowóz. Należy wziąć pod uwagę, że Volkswagen był eksploatowany codziennie przez 24 godziny na dobę. Co 8 godzin zmieniali się kierujący. Peugeot był w zapasie. Gdy jeden radiowóz był naprawiany, to drugi był eksploatowany. Gdybyśmy go skasowali, to w wielu sytuacjach okazałoby się, że nie byłoby czym pojechać na interwencje. Radiowozy jeżdżące codziennie przez 24 godziny były wyeksploatowane i niestety wymagały ciągłych remontów. Na szczęście zakupiono nowy, elektryczny. O kosztach jego naprawy będzie się można przekonać za dwa lata.

Z tego, co wiem, wiele rzeczy nie pasowało Pani komendant – nie tylko zapach radiowozów, ale i meble, które w większości powymieniała, a które nie były w złym stanie. Należałoby się przyjrzeć zasadności wielu dokonanych przez nią zakupów. Do czasu, kiedy ja pełniłem funkcję komendanta, nieużywane w danym sezonie opony były przechowywane w firmie zajmującej się tym. Jest to normalna praktyka, a pracownicy wiedzieli, gdzie te opony się znajdują. Kolejna bzdura, że nie było prowadzonych inwentaryzacji. Tak samo jak to, że przed zakupami nie były porównywane ceny u różnych dostawców i wybierane najkorzystniejsze oferty.

Remont pomieszczeń straży miejskiej, który został przeprowadzony, świadczy o tym, że zostały na to przeznaczone dodatkowe pieniądze z ratusza. Wcześniej remonty były wykonywane z zaoszczędzonych środków i nie było nas stać na wynajęcie firmy, która by to zrobiła.

Kłamstwem jest, że nie było regulaminu pracy, regulaminu wynagradzania, regulaminu mundurowego itd. Oczywiście, że były i były one przedmiotem wielu kontroli. A pani komendant pozmieniała te dokumenty pod swoje potrzeby. Zapomniała jedynie uzgodnić je ze związkami zawodowymi, wręcz odmówiła związkom zawodowym przekazania ich do uzgodnienia, więc tak naprawdę nie mają mocy prawnej.

Następne kłamstwo dot. uznawalności płacowej. To w jej przypadku można mówić o uznawalności płacowej, gdyż jej sekretarka jest opłacana o wiele lepiej niż strażnicy z długoletnim stażem. Nie ja wprowadziłem też nagrody za kulturę osobistą, lecz ona i w pierwszej kolejności nagrodziła sekretarkę. Chwali się, że podniosła płacę aplikantom. Gdy została podniesiona płaca minimalna, to musiała podnieść płacę, bo aplikanci zarabiali poniżej najniższej krajowej. Ciekawe, czy podniosła pensje też innym. Jeśli nie, to za jakiś czas większość pracujących osób w straży zacznie zarabiać najniższą krajową. Niestety, za mojej kadencji burmistrz nie rozpieszczał nas pieniędzmi na płace.

Kłamstwem jest, że to tylko sam komendant uczestniczył w szkoleniach – jest to do sprawdzenia. Oceny pracownikom wystawiali ich przełożeni.

Trudno mi się odnieść do tych wszystkich pomówień – współpracy między służbami, patroli pieszych czy rowerowych – to wszystko było wcześniej. Przekłamaniem jest, że za mojej kadencji odeszło 27 osób. Jeśli weźmiemy okres 21 lat, jest to i tak bardzo mała liczba. Najczęściej strażnicy odchodzili do pracy lepiej płatnej – w policji, służbie więziennej, wojsku – i nie ma co się temu dziwić. Część oczywiście odeszła, bo się do tej pracy nie nadawała. Do tej liczby należałoby doliczyć wszystkich, którzy byli zatrudniani w ramach staży absolwenckich, robót publicznych czy tych, którzy odrabiali zastępczą służbę wojskową. Kłamstwem jest, że podczas jej pracy nie odszedł żaden strażnik. Ja znam dwóch strażników i trzech pracowników cywilnych, którzy odeszli. Usiłowała zwolnić jeszcze jednego, ale sąd pracy nakazał jego przywrócenie do pracy jako zabezpieczenie pozwu w toczącej się sprawie.

Odniosę się do jeszcze jednego stwierdzenia, że Pani Jadwiga Rosicka jest wieloletnią strażniczką – otóż do czasu, jak Pani Justyna Pietrzkiewicz nie zrobiła z niej zastępcy komendanta, ta Pani nigdy nie pracowała jako strażnik miejski i takiej pracy nie zna.

Z „rzetelnością” Tematu miałem już okazję się spotykać, a biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, widać, że artykuł został napisany na zlecenie. Przecież ratusz im płaci. Skoro jednak zostałem wywołany w tym artykule, to dobrze byłoby, gdybym miał możliwość ustosunkowania się do niego. Nie będę jednak do nich pisał sprostowania i napędzał im czytelników, ale uważam, że mają Państwo prawo poznać prawdę. Rozważam również podjęcie kroków prawnych za rzucanie na mnie oszczerstw i kłamstw. - napisał Grzegorz Grondys